Zacinający o szyby deszcz, krótkie i ciemne dni, przejmujący chłód, przyroda powoli pogrąża się w zimowym śnie… Pamiętasz, była jesień…
- W bujanym fotelu siedzi sobie staruszek i z nudów bawi się plastelinową kulką. Czasem ją pieści delikatnie, a czasem deformuje. Kiedyś ją zniszczy całkowicie. Może właśnie taką kulką jest dla Boga świat?
Ang. SAD oznacza smutny. SAD to skrót od Seasonal Affective Disorder: sezonowe zaburzenia nastroju. Specjaliści twierdzą, że jesienne obniżenie nastroju to przede wszystkim wynik niedoboru światła słonecznego. Jego natężenie jest w październiku czy lutym dwa-trzy razy niższe niż w słoneczny wiosenny dzień i aż 100 razy niższe niż latem na plaży. A w ciemności nasz organizm produkuje więcej melatoniny – hormonu, którego nadmiar powoduje, że jesteśmy senni i apatyczni. SAD to choroba dość powszechna – łagodna jej postać dotyka ok. 10 proc. Polaków, ok. 3 proc. przechodzi tę dolegliwość w ostrzejszej formie. Szczególnie wrażliwe na wahania poziomu melatoniny są kobiety między 20. a 40. rokiem życia.
- Czuję się jak ćma złapana w szklankę. Jakaś dziwna siła każe mi wówczas tańczyć, poruszać biodrami z rytmie, który sama wybija. Nie słucham radia. Nie chcę usłyszeć, że umarł świat. Nie zniosę widoku przekwitających kwiatów, więc nie wyjdę na spacer. Boję się spać, bo w nocy umierają ludzie. Boję się żyć, bo zupełnie nie umiem…
Stajemy się drażliwi i apatyczni. Tylko dlatego, że akurat przechodzi niekorzystny front atmosferyczny. Główne powody są bardziej przyziemne – chodzi o zmiany ciśnienia i skoki temperatur. Światło w oku zostaje zamienione na impuls nerwowy, który biegnie dalej do różnych struktur mózgowia. Impulsy nerwowe docierające do szyszynki i podwzgórza stymulują ilość wydzielanych hormonów, w zależności od „ilości” światła. Te substancje, różna aktywność neuroprzekaźników, mogą wpływać na nastrój człowieka.
Mamy też więcej czasu na refleksję. Jest chłodno, pada deszcz, więc zaszywamy się w domu pod kocem i wtedy rodzą się różne smutne przemyślenia. Ci, którzy mają wrodzoną skłonność do refleksji, reagują w ten sposób.
- Prześladują mnie te wszystkie rzeczy, których nie zdążyłam zrobić, te wszystkie istotne słowa, które przełknęłam uparcie, choć mogły tyle zmienić… Zalegają we mnie pokłady niewypowiedzianych myśli, których nie mam czasu ubrać w słowa. Wciąż nie wiem, co jest w życiu istotne, a co jest tylko błahą fanaberią, ulotnym kaprysem… Gdzie szukać odpowiedzi: w przyjaźni, miłości, religii? W siebie też nie mogę się wsłuchać, bo bicie serca jest zbyt intensywne.
Jesienna depresja powoduje, że człowiek czuje tak głęboki smutek, że widzi i pragnie często tylko najczarniejszych rozwiązań. Każdy aspekt życia zadaje mu maleńkie rany, a cała suma tego wszystkiego – drażni, bo nie wiadomo, gdzie szukać przyczyny tego smutku. Można nauczyć się go przeczekać, ale jest to tak męczące, że po pewnym czasie uświadamiamy sobie o jego stałym istnieniu.
- W chwilach przeciążenia czuję fizyczny ciężar i natarczywość własnych myśli, odbierają mi sen, apetyt, spokój… Przekreślają wolę życia i popychają nad krawędź zrozumienia samej siebie. Czuję swój puls, bicie serca, ciepło oddechu. Czuję reakcje swego ciała na przenajróżniejsze bodźce, czuję słodki smak czekolady i słony potok palących policzki łez. Czuję się uwiązana w czasie, zawieszona pomiędzy przeszłością, przyszłością a teraźniejszością, która nie ma większego znaczenia. Czas coraz silniej zaciska sznur na mojej szyi. Zamiast cieszyć się pełnią życia, tonę w niepokoju i gniewie, że nie wystarczam sama sobie. Jestem zła, że czuję aż tyle… Tak jakbym była notorycznie okradana. Nie mam odwagi marzyć. Coś na zawsze się we mnie zmieniło.
Bezsenność nie daje spokoju. Ciche rozmowy z podświadomością wcale nie są wolne od natłoku zmysłowych wrażeń. Sen wcale nie uzupełnia rezerw psychicznych sił. Niektórzy nie chcą przeczekać… Czy odwaga, dobrowolne podporządkowanie chwili? To coś jest tak irracjonalne, że nie wiadomo, gdzie szukać wyjaśnienia, ratunku… Zalega gdzieś pod powiekami…
- Od kilkunastu dni nie robię dosłownie nic, tylko myślę.
Myślę intensywnie, chodzę skołowana, zmęczona. Zasypiam późno, budzę się w środku nocy i znowu zasypiam nad ranem, aby po chwili zerwać się zmęczona.
Człowiekowi nie chce się żyć, bo jest bałagan w pokoju, bo pada deszcz, bo nic nie można zrobić dla bezdomnych psów… Bo mija dzień za dniem i rosną obowiązki. Bo wewnętrzna siła każe wstać mi rano i biec… Skąd te codzienne czarne myśli?
- Tak często opadają mi ręce… Śmieję się przez łzy; kocham, bojąc się; nienawidzę, pożądając. Co jest prawdą? Jaka jestem? Nie mam nawet miejsca, w którym mogłabym się ukryć i bezpiecznie zamknąć oczy.
Irytacja narasta z każdą chwilą. Zaczynamy robić wszystko mechanicznie, nie odczuwając niczego w pełni. Tak trudno zasypiać i budzić się… Po pewnym czasie to już nie jest użalanie się nad sobą.
- Sztuczne słońce. Czuję się jak notorycznie przycinany żywopłot, wszystko zostaje w środku, przerabiane tysiące razy i ciągle z innym efektem. Nie mogę sama wychodzić na zewnątrz, bo nie jestem w stanie być przytomna. Moje piekło to cisza, którą regularnie przerywa spadająca z kranu kropla wody. Czuję, jakby coś we mnie było notorycznie ranione. Pogarszam sytuację, mszcząc się na innych za własne rozterki… Boję się siebie, bo wiem, że zadziałam bardzo destrukcyjnie pod wpływem silnego bodźca, drażliwej chwili, nie myśląc…
Wystarczy lekki ból głowy, ból czegokolwiek – żeby przyszło zniechęcenie, wytrącenie z równowagi… Radość jest tylko chwilowa, o wiele dłużej utrzymuje się apatia. Przeróbka wewnętrzna jest nie do wytrzymania.

- Daję sobie chwile samotności, które dzieli ze mną tylko muzyka i biała, śnieżna kotka, wijąca się pod nogami. Z zachodem słońca i zgaszeniem papierosa – kończy się wszystko… Niektórzy ludzie, przewijając się obok mnie, pozostawiają po sobie gorzki niesmak, szary pył, który chwilowo przysłania mi wiarę w zupełnie inne sprawy. Zbyt szybko idealizuję ludzi i w zamian otrzymuję jedynie rozczarowanie. Codziennie bawię się tyloma marzeniami, pochłaniam powietrze, słońce, zapach świata. Zamykam się w sobie, szukając niecierpliwie bramy, magicznych drzwi do tych cichych tajemnic, ukrytych na dnie podświadomości. Odwracam się na próżno, słysząc jęki i westchnienia przezroczystych istot, sinych, stęsknionych jak ja… Rozbabranych jak ja…
Dni, które załamują jedną negatywną barwą, gdy wszystko może stać się powodem do śmierci, pragnieniem skończenia życia, które się nawet na dobre nie rozpoczęło…
- To moja wojna. Te wszystkie myśli wypowiedziane na próżno, ich niedocierające do nikogo znaczenie, ich rozmyty sens, starannie zatarty ślad. To moja wojna. Te wszystkie wyrwane kwiaty i wydeptane ścieżki bez śladu stóp. To moja wojna. Wysyłam pociski pod nieznany adres, kaleczę nieznanych mi ludzi, staram się dotknąć ich najczulsze punkty, zarazić bezwzględnością, opróżnić ich z emocji, wypełnić niszczącą pustką, przelać swoje okaleczenie w obce ciała, obce życia…
- Któregoś dnia przestałam się malować, rozczesywać włosy i martwić się, że nie zdążę na autobus, bo przestałam wychodzić na zewnątrz.
Od niedawna depresja sezonowa uznawana jest za poważne schorzenie, od niedawna też próbuje się ją leczyć. Lekarze stosują różne metody: farmakoterapię, fototerapię oraz psychoterapię. Nie należy bać się leków. Lepiej zaleczyć chorobę lekami, niż czekać i oponować twierdząc, że sami damy sobie radę. Nie ma co się bać uzależnienia od leków, bo się ono zdarza bardzo rzadko. Należy bać się raczej uzależnienia od depresji…
Czytaj także:
Już dzisiaj o godzinie 11, przy ulicy Twardowskiego, odbędzie się mecz damskiej reprezentacji Pogoni...
„Medicine is Sexy” to tytuł kalendarza stworzonego przez studentów Pomorskiego Uniwersytetu Medy...
Brak planów na dzisiaj? Odwiedź pole bitwy! Już dzisiaj (4.03) w Parku Kasprowicza walczyć będą ...












