Zwiastuny mają informować o zbliżających się premierach i, oczywiście, zachęcać do obejrzenia danego filmu. Dla jednych dobrze zrobiony zwiastun jest jak dzieło sztuki, dla drugich to zupełnie niepotrzebne elementy kinowego seansu. Wydaje się jednak, że dobrze pełnią swoją funkcję: po kilkunastominutowym cyklu tych krótkich zapowiedzi prawie każdy film wydaje się warty obejrzenia. Co wybrać? Od czego zacząć? Tym razem wybór padł na kontynuację „Tronu”.
„Tron: Dziedzictwo” reklamowany był jako kolejny, po Avatarze, przełom w kinie 3D. Uważam, że dobre efekty nie są złe, więc postanowiłam przekonać się, ile w reklamie prawdy. Jednak już na początku seansu pojawiło się ostrzeżenie, że film zawiera kilka scen w technologii 2D. „W porządku, – myślę – tak jest zawsze. Przecież nie cały film musi być w trójwymiarze, by efekt był powalający”.
W oczekiwaniu na 3D
Rozpoczyna się więc kontynuacja historii z 1982 opowiadająca o stworzonej przez człowieka komputerowej cywilizacji. Twórca całego systemu (w tej roli Jeff Bridges) i właściciel olbrzymiego koncernu znika w tajemniczych okolicznościach. Po latach jego syn, Sam (Garrett Hedlund), otrzymuje wiadomość z, od lat zamkniętego, biura ojca. Zdobywa klucze i po odnalezieniu ukrytego pokoju przez przypadek trafia do wirtualnego świata. W tym momencie pojawiają się pierwsze efekty i zgodnie z obietnicą powinna rozpocząć się trójwymiarowa rewolucja…
No właśnie. Osoba odpowiedzialna za komunikat na początku filmu chyba się pomyliła (delikatnie mówiąc). To sceny kręcone tradycyjnie należą do większości – sceny w 3D można policzyć na palcach jednej ręki. A lecące w stronę publiczności świetlne dyski nie są efektami specjalnie fascynującymi. W sytuacji, gdy więcej efektów ma puszczony przed filmem zwiastun Bitwy Warszawskiej 1920, można odnieść wrażenie, że coś zdecydowanie jest nie tak.
Ale to już było…
Mocną zaletą filmu jest muzyka stworzona przez Daft Punk. Mimo, że nie słucham ich na co dzień, przyznać trzeba, że taka symfoniczna elektronika świetnie pasuje do estetyki obrazu. Jest też ostatnią rzeczą, która powstrzymuje przed zaśnięciem… Obraz (i jego fabuła) zdaje się być połączeniem Gwiezdnych Wojen, Matriksa i… Małych Agentów. Twórcy filmu „Tron: Dziedzictwo” myśleli pewnie, że znaleźli superpatent, i że utrzyma on widza w napięciu do ostatniej minuty. Pudło! Scenariusz jest przewidywalny, a co za tym idzie – nudny! Taki film byłoby można obejrzeć jedynie dla efektów których, jak wspomniałam wcześniej, nie ma.
Z bólem przyznaję, że dałam się nabrać na zwiastun. To, co miało być świetną rozrywką okazało się stratą czasu. Na przykładzie „Tronu” widać, jak działa współczesny marketing. Bo teraz każda komedia jest najlepszą komedią wszechczasów (ewentualnie najlepszą od czasu „Kac Vegas”), a każda produkcja w technologii 3D ma zapierające dech w piersiach efekty.
Czytaj także:
Przesilenie wiosenno - letnie wywołało u mnie nieodpartą chęć obejrzenia czegoś lekkiego, postawiłam...
Interesujesz się filmem? Marzysz o tym, aby wcielić się w rolę aktora? Teraz masz taką szansę. ...
Do „Robokalipsy” Daniela H. Wilsona usiadłam z nieukrywaną ciekawością, ale i lekką obawą. Fantastyk...













