Domowe Love Filmowe

 Domowe Love Filmowe
Małe promo filmów, które można zobaczyć w walentynki choćby z braku laku – czyli nasze propozycje jak spędzić walentynkowy wieczór.

Walentynki to zdaje się jedna z najbardziej mdłych okazji w całym repertuarze okazji. Można ją albo zbojkotować, albo próbować uświetnić. Próby uświetnienia często palą na panewce, bo zakochanym zwyczajnie brakuje rozmachu a w sukurs nie przychodzą im raczej producenci zabawek, którym nie można bynajmniej zarzucić braku konsekwencji w działaniu. Wszak co roku, wciąż na nowo prześcigają się w wałkowaniu tych samych patentów: świecą pluszowymi misiami, koronkową bielizną w kolorze kier i lizakami w kształcie wiadomo czego. Jak wyjść z tej całej imprezy w miarę trzeźwo? Jak skonsumować lutowe święto tak, żeby nam się nie przejadło? A może kino? Można przeprosić się z długo mrożonym filmem i zaserwować sobie jego porcję, na przykład tę mniej lekkostrawną, choć nadal apetyczną. Albo tę łatwo przyswajalną, z dodatkiem refleksji – zatem wciąż do przełknięcia. Fakt, nie mamy za wielu filmów o miłości które odbiegają od formuły: ona, on, jakiś problem i happy end, ale niektóre wciąż wnoszą coś nowego i przyjemnie odkrywczego do filmowego świata, nie poprzestając na odgrzewaniu utartych widoczków. Poniżej kilka całkiem subiektywnych pomysłów na miłosne kino wytrawne lub (pół)słodkie.

500 dni miłości

To historia jednego zakochania. On, ona i coś, co rodzi się pomiędzy nimi. Zdawać by się mogło – temat oklepany i realizacja skazana na przewidywalność. A tutaj niekoniecznie, bo wyniki wiwisekcji zakochania przedstawiają się nadzwyczaj wiarygodnie. Mamy tu nie tylko orbitowanie hormonów, ale i rozmijanie się bohaterów w uczuciowych oczekiwaniach. Filmowe powietrze pełne jest zawirowań emocji – od skrajnego smutku po dziką radość. Można się spierać, czy kino debiutanta Marka Webba jest rzeczywiście świeże czy też tylko na takie pozuje, jednak na pewno na uwagę zasługuje świeże czy też tylko na takie pozuje, jednak na pewno na uwagę zasługuje świetnie dobrana obsada Gordon-Levitt i Deschanel, nieprzekombinowany zabieg przeskoków czasowych i przytulne, ale nie takie znowu oczywiste rozwiązanie. Zaś podany na deser soundtrack z koktajlem letnich brzmień, m.in. grupy the Smiths i próbką wokalu francuskiej Pierwszej Damy, Carli Bruni – palce lizać.

Powrót do Garden State

Temu obrazowi wyraźnie czegoś brakuje, a może ktoś celowo go nie doprawił? To taka bardziej przystawka, do filmowych dań głównych, taki „Pomysł na”. Ma jednak tę przewagę, że chyba niczego nie udaje, jest autentyczny, szczery w intencjach i nie można odmówić mu potencjału. Debiutujący reżyser, Zach Braff, gra tu pierwszoplanową rolę młodego mężczyzny, który po długiej nieobecności wraca w rodzinne strony aby wziąć udział w pogrzebie matki. Spotkanie z ojcem, dawnymi przyjaciółmi i nietuzinkową Sam stanie się dla niego punktem wyjścia do zmian na szlaku życia. W filmie nie brakuje głosów młodego pokolenia, którego emocje -dotąd wygłuszone lękami (czy może lekami?) – nagle wychodzą na światło dzienne i znajdują ujście w szukaniu wspólnego mianownika w przyjaźni i miłości.

Oświadczyny po irlandzku

To jeden z tych totalnie nieszkodliwych romkomów dla tych całkiem niewybrednych, którym do szczęścia wystarczy irlandzki plener, niefrasobliwy ton, sprawnie zagrana naiwność Amy Adams i autentyczne politowanie w mimicznym aerobiku Matthew Goode`a. Fabuła całkiem nieskomplikowana: Anna z Bostonu postanawia oświadczyć się swojemu chłopakowi w Dublinie, gdzie taka praktyka jest rzekomo powszechnie uznana i stosowana 29 lutego (w rok przestępny). Na swojej drodze do wiecznego szczęścia trafia na Declana, który ma ją dostarczyć pod wyznaczony adres. Czy dotrze szczęśliwie do celu podróży? Trzeba tu nadmienić, że chociaż filmowa droga upływa co prawda pod znakiem żartów, których poziom mógłby być, delikatnie mówiąc, wyższy, a sympatia widza kupowana jest najczęściej metodą poufałych poszturchiwań i puszczania do niego oka, jednak dotarcie do napisów końcowych bez uczucia niesmaku wcale nie graniczy z cudem.

Wszystko co kocham

czyli opowieść o 18-letnim Janku i jego pierwszej miłości do dziewczyny, przyjaźni, buncie i muzycznej pasji realizowanej w zespole, a wszystko to w przeddzień stanu wojennego i to w epicentrum napięć społeczno-politycznych – bo na Polskim Wybrzeżu. Niewykluczone, że to jedna z lepszych rodzimych produkcji ostatnich lat. Jest w niej praktycznie wszystko, co kochamy wszyscy: młodość, wolność, miłość. Jest też dojrzewanie w takt peerelowskiej rzeczywistości (widzianej może trochę zbyt stereotypowo i pobieżnie, ale cóż), a do tego jeszcze bunt podrasowany tu i ówdzie muzyką punkrockową. No i wyśmienite, świeże i nieskażone aktorstwo piekielnie zdolnej młodzieży w osobach Kościukiewicza, Frycz i Gierszała, które właściwie broni się samo i powoduje, że film jest opatrzony certyfikatem jakości.

Ukryte Pragnienia

Młoda Amerykanka Lucy przybywa na łono słonecznej Toskanii do malowniczej miejscowości, w której niegdyś przebywała jej matka. Pragnie tam odnaleźć swojego biologicznego ojca i spotkać chłopca, który kiedyś skradł jej serce. Obraz ten, zaraz obok Marzycieli, to ciekawy zwrotnik zmysłowości Bernarda Bertolucciego. Nie stroni od tematów rozbudzania seksualnego, a bliższe kontakty pierwszego stopnia traktuje z nadzwyczajną subtelnością i wyczuciem. Nie licytuje się na ambicję i nie idzie na kompromis z oczekiwaniami widza, a jednak bez problemu je zaspokaja. Klimat zanurzania się w siebie, odkrywania własnej tożsamości, dostrajania się do  intymnych potrzeb partneruje tutaj nastrojowej scenerii oraz niezwykle głębokim, sensualnym dźwiękom. Jeżeli szukacie kina szybkiego, o wartkiej i dynamicznej akcji to ten film jest jego stuprocentowym przeciwieństwem.

Dominika Rogacewicz

Foto: Creativity+ Timothy K Hamilton

Czytaj także:

avatar

O redakcja

Redakcja ArcyPortalu to zespół dziennikarzy-studentów, którzy z wielkim zaangażowaniem piszą artykuły o wszystkim co szczecińskie i studenckie.