W mojej ocenie: Guano Apes – Bel Air

W lutym minęło osiem lat od premiery ostatniego studyjnego albumu Guano Apes. Zapowiadana na wiosnę tego roku płyta miała zrekompensować fanom długi czas rozłąki. Przekonajmy się, czy warto było czekać....

W lutym minęło osiem lat od premiery ostatniego studyjnego albumu Guano Apes. Zapowiadana na wiosnę tego roku płyta miała zrekompensować fanom długi czas rozłąki. Przekonajmy się, czy warto było czekać.

Moja przygoda z Guano Apes zaczęła się w 2003 roku, czyli w czasie totalnej niedojrzałości i straceńczej nieodpowiedzialności, i nie ukrywam, że z perspektywy tego okresu będę oceniał najnowsze dzieło muzyków z Getyngi. Zespół reaktywował się w 2009 roku, rozpoczynając tym samym pierwszą od czterech lat trasę koncertową. Wcześniejsza solowa aktywność członków zespołu nie zrobiła na mnie zbyt dużego wrażenia, dlatego z tym większym apetytem i wymaganiami czekałem na kwietniową premierę płyty ponownie zjednoczonych pod wspólną banderą muzyków. Zwykle sceptycznie podchodzę do tego rodzaju wielkich powrotów, niemniej jednak tym razem nie mogłem odmówić sobie muzycznej lektury.

Pierwszy stopień do piekła

„Bel Air” zaczyna się spokojnym i melodyjnym „Sunday Lover”. Piosenka do złudzenia przypomina utwór „Money and Milk” z drugiej płyty zespołu „Don’t Give Me Names”, co jest jej niewątpliwą zaletą. Szybko wpada w ucho i pozostaje tam przez większą część dnia. Następnym utworem jest „Oh What A Night”, który ukazał się już w styczniu promując całe wydawnictwo. Do singla nakręcono też teledysk i tylko dlatego zasługuje on na większą uwagę. Kolejne na płycie „When The Ships Arrive” oraz „This Time” po prostu są – zachowują równowagę, ale nie wprowadzają niczego, co pozwoliłoby wyszczególnić je na tle całości. Powoli zaczyna wiać nudą…

„She’s a killer” jest najsłabszym utworem na „Bel Air”. Piosenka jest nijaka, a jej długość (3:15) była prawdopodobnie czasem potrzebnym do zapełnienia wynikającego z umowy z producentem wymiaru czasowego płyty. Zaraz potem jest trochę lepiej – piosenką  „Tiger” zespół znów – być może nieświadomie – próbuje nawiązywać do „Don’t Give Me Names”, lecz jednak tym razem radzi sobie nieco gorzej. Po kilku dość anemicznych utworach wreszcie następuje ożywienie – piosenki  „Fanman” oraz „All I Wanna Do” można uznać za najlepsze utwory na płycie. Charakteryzują się ciekawą kompozycją i zróżnicowaniem gitarowych zagrywek – w końcu jest coś, co przyciąga uwagę na czas dłuższy, niż podjęcie decyzji o naciśnięciu przycisku next. Zdecydowanie najmocniejszym punktem na płycie są wokale, które „ratują” piosenki przeciętne, a wynoszą na wyżyny utwory takie jak wspomniany wcześniej „Fanman” – Sandra Nasic jak zawsze w formie.

Album kończy fantastyczna rockowa ballada „Fire In Your Eyes” oraz znakomity utwór „Trust”. Atmosfera zagęszcza się i nabieramy ochoty na więcej. Tuż po „Trust” mamy okazję wysłuchania ukrytej ścieżki „Running Out The Darkness”. Utwór jest kapitalny! Stare dobre Guano Apes – genialne zmiany tempa i agresywne wokale przeplatane subtelnym głosem Sandry. Ku naszemu zdumieniu płyta w odtwarzaczu kręci się coraz wolniej, aż w końcu całkowicie przestaje. Z pomocą przychodzi zakup wydania deluxe, w którym otrzymujemy dwie piosenki bonusowe: „Fire” (będący szybszą interpretacją piosenki  „Fire In Your Eyes”) oraz zawierającą genialny refren „Carol and Shine”, dla której warto zaopatrzyć się w wydanie dwupłytowe.

Niestety pozostaje niedosyt. 13 utworów (łącznie z digipackiem) to zdecydowanie zbyt mało, biorąc pod uwagę, że połowa piosenek w ogóle nie powinna znaleźć się na płycie. Winą obciążę oczywiście muzyków, którzy swoimi wcześniejszymi dokonaniami podnieśli poprzeczkę bardzo wysoko i tym razem nie udało im się do niej doskoczyć. A o biciu rekordu na razie nie może być mowy. Przynajmniej na razie…

Zmierzch jeszcze daleko

Gitarzysta zespołu – Henning Rümenapp, powiedział w jednym z wywiadów: – Nie mamy żadnego planu B. Ta płyta musi okazać się sukcesem! Słowa powoli znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości – „Bel Air” jest jedną z najchętniej kupowanych płyt w Niemczech, a sale koncertowe zapełniają się do ostatniego miejsca. Pytanie tylko, czy ze względu na jakość nowego wydawnictwa czy sentyment, który w moim przypadku okazał się czynnikiem decydującym. Z bólem serca, płytę uznaję jedynie za poprawną – utwory bardzo dobre, przeplatają się z miałkimi, lecz fanom i tak na pewno się spodoba.

Foto by AutumnCannibalist

Czytaj także:

avatar

O redakcja

Redakcja ArcyPortalu to zespół dziennikarzy-studentów, którzy z wielkim zaangażowaniem piszą artykuły o wszystkim co szczecińskie i studenckie.