Czekając na zielone

Inicjatywy takie jak Marsz Wyzwolenia Konopi stają się nierzadko doskonałą okazją do rozpoczęcia ogólnopolskiej debaty o częściowej legalizacji „miękkich” narkotyków. Stają się lub raczej stawać by się mogły, gdyby nie...

Inicjatywy takie jak Marsz Wyzwolenia Konopi stają się nierzadko doskonałą okazją do rozpoczęcia ogólnopolskiej debaty o częściowej legalizacji „miękkich” narkotyków. Stają się lub raczej stawać by się mogły, gdyby nie zatwardziała postawa krajowych decydentów, dla których słowo „marihuana” wydaje się rozpoczynać krajowy indeks słów zakazanych.

Większość z nas przyzwyczaiła się już, że temat dopuszczenia do legalnego obrotu tak zwanych „miękkich” narkotyków powraca co jakiś czas z mocą dobrze rzuconego bumerangu. Nie jest to jednak impuls na tyle silny, by wyzwolić wśród społeczeństwa ostateczną deklarację woli i najprawdopodobniej jeszcze długo przyjdzie nam czekać na ostateczne rozwiązanie tej kwestii. Dlaczego? Powodów jest kilka.

Dezorientacja to podstawa

Społeczeństwo głupieje – to fakt. Środki masowego przekazu nieustannie zalewają nas sprzecznymi informacjami co do szkodliwości zażywania substancji psychoaktywnych. Media zdają się służyć obu stronom konfliktu, co warunkowane jest obecnością w radach nadzorczych osób bardziej lub mniej związanych z danym stronnictwem politycznym. Niemal każda informacja prasowa brzmi wiarygodnie i jest poparta dokumentacją badań klinicznych, które trudno jest podważyć nam, laikom. Według badań jednej z bardziej zaufanych instytucji, Światowej Organizacji Zdrowia, marihuana ma znacznie mniej szkodliwy wpływ na zdrowie od pozostałych „lekkich” używek; z drugiej jednak strony uzależnia psychicznie nawet kilka razy bardziej skutecznie niż alkohol. Uzależnienie psychiczne wymaga zazwyczaj długotrwałej terapii specjalistycznej. Nie znaczy to jednak, że marihuana nie jest szkodliwa dla zdrowia – szkodzi mniej, lecz nie wcale. Dym Konopii zawiera nawet 4 razy więcej substancji smolistych niż dym papierosowy, a jego mniejsza szkodliwość dokumentowana w badaniach jest wynikiem jedynie mniejszej częstotliwości zażywania narkotyku.

Główna substancja psychoaktywna zawarta w konopiach to THC (Tetrahydrokannabinol). Odkłada się w komórkach tłuszczowych przez co z organizmu uwalnia się bardzo powoli (osoba, która paliła marihuanę w odstępie roku, nie może oddać krwi w centrach krwiodawstwa). Częste zażywanie THC (obecnego także w haszyszu) prowadzi do licznych zaburzeń psychicznych oraz psychosomatycznych, takich jak stany depresyjne, spadek orientacji w czasie i przestrzeni, brak apetytu (lub jego nadmiar) czy bezsenność. Objawy te ustępują jednak po pewnym czasie (przy sporadycznym paleniu lub po odstawieniu środka), gdy wygasną połączenie mózgowe odpowiedzialne za odbieranie bodźców narkotycznych.

Przedmurze i tradycja

Zwolennikom legalizacji na nic zdało się przytaczanie młodzieńczych wybryków premiera, który publicznie przyznał się, że palił marihuanę. Dopiero później określił swój czyn jako „pojedynczy incydent”, który już nigdy później nie miał miejsca. Inna deklaracja nie mogła mieć miejsca w kraju takim jak Polska, gdzie od dobrych kilku lat rządzą partie o poglądach prawicowych, a chrześcijańskie korzenie (Polska ma korzenie pogańskie, ale przymiotnik „chrześcijański” brzmi dostojniej) kraju zobowiązują do heroicznej postawy, trwania na straży ogólnokrajowej moralności. Każde łamanie prawa konwencjonalnego jest zarazem występkiem przeciw prawu bożemu, które stoi na równi, a może nawet wyżej, niż prawo państwowe (dodajmy, że umowy międzynarodowe według Kościoła i skrajnej prawicy są zagrożeniem dla suwerenności Polskiego Kraju Wybranego). To oczywiście kpina, ale jak można nie kpić, gdy na co dzień styka się z takimi absurdami. Kościelni hierarchowie o poglądach nieco bardziej liberalnych są dyskryminowani przez Episkopat, przez co nie jest nam dane wysłuchać jednolitego głosu Kościoła.

Wszystko to, o czym do tej pory powiedziałem, nie jest jednak istotą rzeczy. Rządy się zmieniają, Kościół Katolicki z roku na rok traci coraz więcej wiernych, a wiarygodne badania (pod auspicjami obu stron konfliktu) na temat szkodliwości marihuany najprawdopodobniej nigdy nie zostaną przeprowadzone. Problemem jest tradycja, a dokładniej: dogmatyczne do niej przywiązanie – gdyby setki lat temu nasi szlacheccy dziadowie, ich dziadowie i przodkowie tychże palili konopie zamiast opijać się litrami wysokoprocentowych trunków i opalać dziesiątkami fajek tytoniowych na dworach i pałacach całego świata, trudniej byłoby nam dziś wprowadzić do legalnego obiegu alkohol i papierosy. Spuścizna kulturowa i wolny rynek ugruntowały na podwórku polskim skłonność do używania akurat tego typu używek. Nie chodzi nawet o staroświeckość społeczeństwa żyjącego obecnie. Tradycji nie da się cofnąć, nie da się poprawić ani podkoloryzować. Zmiana recepcji możliwa jest tylko poprzez głęboką społeczną przemianę, a to niestety wymaga czasu.

Na Wschodzie bez zmian

Mój stosunek do każdego rodzaju narkotyków jest zdecydowanie negatywny, lecz nie oznacza to, że jestem zagorzałym wrogiem narkotyków. Nikt nikomu nie każe ich przecież zażywać. Boję się tylko jednego – do czego może doprowadzić obecny patowy stan w dyskusji o legalizacji: Do większego rozwoju szarej strefy? Do większej liczby niedorzecznych wyroków? A co stałoby się w momencie częściowego zalegalizowania marihuany (obrót kontrolowany)?

Nie potrafię odpowiedzieć na żadne z powyższych pytań, bo jestem świadomy intelektualnego ubóstwa społeczeństwa, którego jestem częścią. Nikt z nas nie jest jeszcze gotowy na wprowadzenie marihuany do powszechnego obiegu, jednak brak jakiegokolwiek racjonalnego dialogu między zwolennikami i przeciwnikami popularnej (od dawna) „Marysi” wydaje mi się obecnie największym zagrożeniem.

cc Czekając na zielone Foto: m.a.r.c.

Czytaj także:

avatar

O redakcja

Redakcja ArcyPortalu to zespół dziennikarzy-studentów, którzy z wielkim zaangażowaniem piszą artykuły o wszystkim co szczecińskie i studenckie.