Już po raz czwarty Jack Sparrow rusza w nieznane! Kasowy przebój z wytwórni Disneya z nowym reżyserem, nowymi postaciami i oczywiście, nowymi przygodami.
Wydawać by się mogło, że to już koniec: William Turner, grany przez Orlando Blooma, zostaje kapitanem „Latającego Holendra” i ma za zadanie przeprowadzenie zmarłych na tamten świat. Na brzegu cierpliwie czeka jego ukochana Elizabeth (Keira Knightley), gdyż raz na 10 lat William może zejść na ląd. Tymczasem kapitan Barbossa kradnie „Czarną Perłę”, a Jack Sparrow…. KAPITAN Jack Sparrow ponownie zostaje na lodzie. Smutne i zamknięte zakończenie fabuły części trzeciej oznaczało, że o ile pojawi się kolejna odsłona, przeważać w niej będą nowe wątki. I tak też się stało.
Kolejna część rozpoczyna się w Londynie. Miasto huczy od plotek dotyczących szalonego pirata. W gospodzie „Córka Kapitana” ma odbyć się spotkanie chętnych do zaciągnięcia się na statek Sparrowa. Sam Jack jednak nic o tym nie wie. Okazuje się, że w Londynie jest jeszcze jeden Jack Sparrow. Kapitan zostaje podstępnie zwabiony na pokład „Zemsty Królowej Anny”, gdzie spotyka kobietę, z którą niegdyś łączył go płomienny romans (Penelope Cruz). Razem wyruszają na poszukiwanie Źródła Wiecznej Młodości, z załogą Barbossy na ogonie.
Zmiana reżysera, choć budziła pewne obawy, nie wpłynęła na jakość czwartej części „Piratów…” Fabuła, choć nie tak skomplikowana jak w poprzedniej odsłonie cyklu trzyma widza w napięciu i zapewnia dobrą zabawę od początku do końca seansu. Na uwagę zasługuje niezastąpiony Johnny Deep w roli Kapitana Sparrowa oraz Penelope Cruz w roli pełnej temperamentu kochanki Jacka imieniem Angelica. Wprowadzono też wątek poboczny miłości między syreną a księdzem, który na w całej wyprawie pełnił będzie ważną rolę. Do tego dochodzi dużo dobrego humoru w postaci dialogów i (jak zawsze) świetna muzyka.
Do ekranu przykuwa, szczególnie widowiskowa, scena z syrenami wabiącymi marynarzy. Syreny, choć piękne, z disneyowską Arielką mają niewiele wspólnego. O tym trzeba przekonać się na własne oczy oglądając „Na nieznanych wodach”. Największym błędem całej produkcji była dystrybucja obrazu w kinach 3D. Po raz kolejny, płacąc więcej i oczekując superefektów, dostajemy jedno wielkie nic, czego efektem jest superrozczarowanie. Elementy 3D w filmie pojawiały się w znikomej ilości, z czego przeważnie – w postaci trójwymiarowych napisów.
Tych którzy nie mogą się doczekać – zapraszam do kin. Bardziej cierpliwym zalecam poczekanie na wersję DVD. Dzięki temu obejrzycie kawał dobrego kina przygodowego a oszczędzicie sobie miernego 3D. Czy warto płacić za coś czego właściwie nie ma?
Czytaj także:
Wszyscy Ci, którzy czytali książkę o przygodach Alicji wiedzą, że aby napisać taką powieść trzeba mi...
Rok 1941. 26- letni polski porucznik kawalerii organizuje ucieczkę z obozu nr 303 na Syberii. Wraz z...
Ideał już w zasięgu ręki! Pamiętam jeszcze czasy, gdy oglądanie seriali kojarzyło mi się z babci...













