Na „Rzeź”!

Z ogromnym dystansem podchodzę do filmów, na które jest tzw. „wielki bum”. Zachwalane nadmiernie okazują się  totalną klapą, bądź filmem godnym uwagi jedynie przed telewizorem, gdy nie leci zupełnie nic...

Z ogromnym dystansem podchodzę do filmów, na które jest tzw. „wielki bum”. Zachwalane nadmiernie okazują się  totalną klapą, bądź filmem godnym uwagi jedynie przed telewizorem, gdy nie leci zupełnie nic innego, ciekawszego.

Tak też starałam się traktować najnowszy film Romana Polańskiego „Rzeź”. Zanim miałam okazję go obejrzeć, zdążyły już dojść do mnie głosy, że jest to produkcja w stylu Woody’ego Allena. Bardzo mnie to zniechęciło, gdyż nie jestem jego wielką fanką. Mimo tego, postanowiłam film zobaczyć. Z pewnością jednym z powodów był też udział Kate Winslet, której jestem ogromną wielbicielką. Jak się okazało, „Rzeź” – ekranizacja sztuki Yasminy Rezy wystawianej w Polsce, jako „Bóg mordu”, to nie tylko najzabawniejszy film Romana Polańskiego, ale także porcja wyśmienitej gry aktorskiej.

Dwie nowojorskie pary: Alan (Christoph Waltz) i Nancy (Kate Winslet) oraz Michael (John C. Reilly) i Penelope (Jodie Foster), spotykają się z powodu bójki pomiędzy ich dziećmi. To, co ich łączy, to z pewnością nienaganne maniery, wysoki standard życia i takie też mniemanie o sobie. Zwykłe spotkanie, mające na celu wyjaśnienie sprawy, przeradza się w lawinę niefortunnych zdarzeń i coraz ostrzejszej wymiany słów. Pomiędzy kulturalnymi ludźmi, chcącymi z pozoru rozwiązać sprawę z myślą o swoich dzieciach i dla ich dobra, rozpoczyna się bitwa. Bitwa, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Bohaterowie zrzucają maski ludzi kulturalnych i inteligentnych, by móc swobodnie wywlec na światło dzienne wszelkie brudy.

Film ten uważam za genialny. Chociaż jest to materiał pierwotnie wystawiany na deskach teatru, nie widać w nim tego, co jest częstą zmorą takich filmów – próby usilnego uczynienia go bardziej „filmowym”. Polański zrezygnował z tej konwencji. I chociaż akcja filmu dzieje się w mieszkaniu jednej z par, nie odczuwa się jednostajności i nudy. Poszczególne sceny trwają nawet po kilkanaście minut, a wypełnia je wyłącznie dialog. Polański nie nakręcił jednak teatru telewizji, bo chociaż film jest na podstawie sztuki, to według mnie idealnie sprawdził się w filmowej odsłonie. Polański zadbał o najdrobniejsze szczegóły, jak chociażby odpowiednie wprowadzenie dzwoniącej komórki, która potrafi na moment zawiesić akcję bądź gwałtownie sprowokować zachowanie bohaterów. Gra aktorska  w połączeniu z fabuła tworzy niebanalną całość. Genialna kreacja podłej Nancy (Kate Winslet) i agresywnej Penelope (Jodie Foster) dopełniona została rolą bezwzględnego prawnika (Christopha Waltza) i nieczułego męża (Johna C. Reillyego). Na uznanie zasługuje przede wszystkim kreacja Christopha Waltza, który po sukcesie „Bękartów wojny” kojarzony był tylko z rolą Hansa Landy. Polański odrywa od niego łatkę demonicznego pułkownika i wciela go w rolę bezwzględnego, aczkolwiek zakompleksionego i spokojnego prawnika. Jodie Foster i John C. Reilly, choć początkowo wyglądają na spokojną parę, wraz z rozwojem akcji pokazują pazur, zaś Kate Winslet popisuje się niezwykłym talentem komicznym. Dialogi są błyskotliwe i zabawne.  Z początku bohaterowie wydają się identyczni, „dopięci na ostatni guzik”. Dopiero pod koniec pokazują nam swoje wnętrze. Film, chociaż zabawny, ma głębsze przesłanie. I nie jest to głupia komedyjka. Chcąc dostrzec drugie dno, można wyłowić parę niewesołych obserwacji dotyczących kontaktów międzyludzkich. Wielu z nas ma w sobie coś z Longstreetów i Cowanów, co łatwo dostrzec w codziennych, rodzinnych spotkaniach.

Czytaj także:

Tagi: ,
avatar

O Ewelina Marczewska